Friday, September 5, 2014

Witaj, szkoło!



Ani się człowiek obejrzał, a tu mamy w domu ucznia!
Tak, tak, w Kanadzie (czy raczej: w Ontario) do tzw "szkoły" idą czterolatki. Piszę tak zwanej, bo właściwie nie wiem, jak to przetłumaczyć i odnieść do polskich realiów. 
Miejscowa nazwa to "Junior Kindergarten" (4-latki) i "Senior Kindergarten"(5-latki), co wg słowników powinno się tłumaczyć jako przedszkole, przedszkolem jednak nie jest. Mieści się w budynku szkoły podstawowej, ma określony program edukacyjmy do zrealizowania, a postępy dzieci będą (opisowo) oceniane. Nie jest to też jeszcze taka prawdziwa szkoła, z lekcjami poszczególnych przedmiotów. Chyba najbardziej przypomina to po prostu dwuletnią zerówkę. Na razie zresztą sami wiemy bardzo niewiele o tym, co to właściwie jest ten kindergarten, rozpoznajemy bojem.



Co wiemy:
Każda dwudziestoośmioosobowa (co za słowo!) grupa, przyporządkowana do konkretnej sali, składa się po połowie z Juniorów i Seniorów (czyli cztero- i pięciolatków), których edukują i ogarniają dwie panie (nie że programowo, ale pan się jakoś nie trafił). Zajęcia zaczynają się o 9:05 i trwają z przerwami (w tym jedną godzinną na lancz) do 15:10. Część czasu to zajęcia dowolne, a wnosząc z tego, co widzieliśmy na półkach w klasie - podejście jest trochę waldorfskie i trochę montesoriańskie (nie wiem, czy takie są resortowe wytyczne, czy tylko nasza szkoła taka postępowa, ale to mnie od razu pozytywnie nastawiło do tutejszej edukacji). Oprócz dowolnych, indywidualnych, są zajęcia zbiorowe, zwane "circle" (bo dzieci siadają w kółku na podłodze) i zajęcia poza własną klasą - w bibliotece, sali gimnastycznej lub na basenie. Plus krótkie wyjście (jedno lub dwa dziennie) na dwór. 


Sprawnie zorganizowane jest wejście i wyjście ze szkoły. Każda klasa ma wyznaczone miejsce na placu, gdzie od 9:00 do 9:05 dzieci ustawiają się w rządku, po czym eskortowane przez swoje dwie panie, machając rodzicom, drepczą po schodach do wejścia i do swojej klasy. Wyjście wygląda analogicznie - każda klasa wyprowadzana jest gęsiego na to samo miejsce na placu (teoretycznie, bo w praktyce na widok rodziców grupa rozpierzcha się zanim dotrze na swoją naklejoną na asfalcie kreskę). Rodzice w Polsce mogą nam więc (zwłaszcza zimą!) zazdrościć - po lekcjach będziemy odbierać dzieci ubrane i dopięte na ostatni guzik.

Gucia pierwsze wejście do szkoły wyglądało tak:


(Te płacze w tle to rozpacz młodszego rodzeństwa, że ukochany straszy brat czy siostra sobie idą)
Jeśli zastanawiacie się, co oni mają w tych plecaczyskach, to już wyjaśniam: przekąskę przedpołudniową, lancz, przekąskę popołudniową i wodę. Część zapewne też żel dezynfekujący do rąk. Jak na razie żadnych zeszytów, książek, piórników. Nie trzeba też zmieniać butów, dopóki na dworze ładna pogoda - zdroworozsądkowe podejście, o które za moich czasów trudno było w Polskiej szkole, gdzie od pierwszego do ostatniego dnia roku szkolnego wymagane były CIAPY.

Wracając do Głównego Bohatera - na razie wydaje się podekscytowany, zainteresowany, i mimo widocznego onieśmielenia nie buntuje się, nie płacze, bez oporów macha ręką na pożegnanie i całkiem żwawo maszeruje do szkoły, a po południu wita nas (bo przecież przychodzę ze Stefkiem) radosnym uśmiechem. W dodatku co dzień przynosi nowe słówko (wczoraj "crash", dzisiaj "great", a dla utrwalenia od razu wykonał "great crash" ze Stefanem). Na standardowe pytanie "Jak było w szkole?" dostaliśmy dzień po dniu równie standardową odpowiedź, że "Dobrze". Oby tak dalej, choć wiadomo, że po pierwszej ekscytacji może przyjśc kryzys i "więcej nie pójdę". Na razie jednak wyraźnie imponuje mu, że on i tata idą rano z domu w jakieś ważne miejsca. 
(Stefan natomiast zazdrości bratu pojemniczków z przekąskami i jak tylko gdzieś je rano przyuważy - próbuje się do nich dobrać. Te jedzenia na wynos to w ogóle nie taka prosta sprawa, trzeba wszystko przemyśleć, przygotować, popakować i poopisywać, co na kiedy, a jak przewidzieć, na co dziecko będzie miało ochotę przed, a na co po południu?)

Tak więc: so far - so good! Trzymajacie kciuki, żeby dalej było tylko lepiej.


PS. Umówiliśmy się z Guciem, że po pierwszym "tygodniu" (czyli dwóch dniach) szkoły pójdziemy prosto do sklepu z zabawkami i będzie mógł sobie coś małego - cenowo - wybrać. No i wybrał :D (kryterium cenowe spełnione). 








Sunday, August 31, 2014

Sztuka współczesna


- Mama, co jest na tym obrazie?
- Chyba nic
- Nie, bo ja widzę, że to jest parking i budka do płacenia, w czasie wybuchu

Wednesday, August 27, 2014

Bratki 9, czyli dialogi po zgaszeniu światła

Bratki w Toronto...

- Ty piś? Docio, ty piś?
- Nie
- Ty piś?
- Nie
- Docio, ty piś?
- Nie!
- Ty chyba piś...

- Mówię ci, że nie śpię!
- Mama, on nie pi


***
Zdjęcia pochodzą oczywiście z całkiem innych okoliczności, ponieważ w okolicznościach opisywanych - było ciemno

...i w Zemborzycach

O kawie przy książce (lub na odwrót)


(C) Wydawnictwo Literackie
Większość lata ja i chłopcy spędziliśmy w Polsce i, jako że mija się to z tematem bloga, nie będę się o tych sielsko-anielskich skądinąd wakacjach rozpisywać. Ale miałam wreszcie czas na intensywniejsze czytelnictwo i zrobiłam z niego użytek. 
Od dłuższego już czasu czytuję wyłącznie Alice Munro. Po pierwsze dlatego, że bardzo mało w ogóle udaje mi się czytać, w związku z tym na rzeczy byle jakie szkoda mi czasu, a Munro jest zawsze bez pudła świetna. Po drugie - nie ma dla mnie lepszego sposobu na głębsze zanurzenie się w  "kanadyjskości" niż czytanie dobrej lokalnej literatury (w oryginale - wolniej, ale warto, ale o tym zaraz), ani lepszego miejsca i czasu na czytanie kanadyjskiej literatury, niż teraz, kiedy tutaj mieszkam.
Tak się złożyło, że i na polskich wakacjach pod ręką było kilka tomów opowiadań Munro, więc je chętnie łyknęłam, co spowodowało kilka refleksji czytelniczych.

Zanim zaczęłam czytać Munro po angielsku, wydawały mi się dwie rzeczy: po pierwsze, że znam angielski, a po drugie - że to prosty i praktyczny język, w którym na jedną rzecz jest jedno słowo (nie to, co w naszej wrażliwej, emocjonalnej polszczyźnie). W obu przypadkach się pomyliłam i odebrałam od autorki lekcję pokory. Mimo tego, lub właśnie dlatego, czytanie w oryginale daje nieporównanie większą satysfakcję.

Im dłużej zaś czytałam po polsku, tym bardziej wydawało mi się, że tłumaczenie literatury to arcytrude zadanie, może wręcz niewykonalne (tu pozdrowienia dla Znajomej Tłumaczki). Miałam nieustanne wrażenie, że niby-te-same zdania czy słowa po angielsku znaczyły więcej, a całe opowiadania miały dla mnie głębszą treść, subtelniejsze wywoływały nastroje i skojarzenia. Być może to po prostu kwestia mojej niedostatecznej znajomości języka - niezrozumiałym słowom "dośpiewuję" w myślach to, co chciałabym, żeby znaczyły?  Myślę jednak, że nie tylko. Po prostu słowa oprócz swojego słownikowego znaczenia, które można przetłumaczyć dokładnie, mają też inne cechy, bardziej ulotne - kanciastość lub łagodność, chłód, ciepło, dźwięczność lub szemranie. Wyobrażam sobie, że tłumacz musi często stawać przed wyborem - czy ma precyzyjnie oddać słów znaczenie, czy raczej zachować to, co między wierszami (a co w dodatku, będąc subiektywnym odczuciem, jest dla tłumacza i każdego innego czytelnika indywidualne i niepowtarzalne). Wniosek - nie da się tłumaczyć neutralnie, nie interpretując, a dobre tłumaczenie wymaga talentu równie wielkiego (i równie rzadkiego), jak ten potrzebny do dobrego pisarstwa. Czytając tłumaczenie, czytamy w gruncie rzeczy inną książkę, niż ta napisana przez autora, nawet jeżeli tzw treść jest ta sama. Cóż jednak począć, nie sposób zbyt wielu autorów poznać w ich ojczystych językach (co dodatkowo zwiększa mój już wcześniej odczuwany smutek, że tylu świetnych książek nigdy nie zdążę przeczytać). 

Ale miało być o kawie. Otóż, oprócz tych nieuchwytnych znaczeń i odcieni, natknęłam się w polskich tłumaczeniach Munro na kilka momentów, które jako już trochę ontaryjski lokals, mogę ku pożytkowi innych czytelników wyjaśnić.

Na początek więc kawa, czyli kawiarnie Tim Hortons. Tłumacze piszą "bar Tima Hortonsa", do którego bohaterowie "wstępują na kawę i pączka" po jakichśtam zajęciach. I piszą słusznie, a jednak mam wrażenie, że nie do końca da się zrozumieć to zdanie, nie znając zjawiska. Bo Tim Hortons to zjawisko. Nie jest to pojedynczy bar jakiegoś pana w małym miasteczku w Ontario. To sieć kawiarni, w dodatku rdzennie kanadyjska i z długą historią (właśnie tej wiosny była loteria kubeczkowa z okazji 50-lecia firmy). Kanadyjczycy, w zalewie franczyz i marek z USA, bardzo sobie cenią tę swojskość Tima. Jest też znacząco tańszy (ok. trzykrotnie) i bardziej przaśny od dizajnerskiego Starbucksa - kompletny brak projektu wnętrz, oświetlenie barowe, meble ustawione jak popadnie, kolory neutralno-przypadkowe. Ale to tu można w bardzo przystępnej cenie dostać kawę (jakości nie umiem ocenić), jabłko (!), smaczną ciepłą kanapkę lub przyrumienionego bajgla z masłem oraz  zupę z kurczaka z kluskami (która nie raz ratowała nas w podróży, gdy nie mogliśmy znaleźć nic odpowiedniego dla dzieci). Jeśli jesteś głodny i zmęczony wielogodzinną jazdą przez monotonne krajobrazy Ontario, na widok znaku Tima Hortonsa przy stacji benzynowej czujesz się tak, jakby właśnie ktoś cię przytulił; będzie dobrze, będzie zupa z kluseczkami (no dobra, koloryzuję, ale wiecie, o co chodzi). Za to w mieście, gdzie "kawę i coś do tego" dostaniesz co dwa kroki, Tim to kwintesencja bezpretensjonalności i dostępności (cenowej, ale nie tylko). W odróżnieniu od Starbunia, w którym nie wypada pojawić się bez jakiegoś urządzenia z jabłuszkiem i przyzwoitej (choćby joggingowej) stylówki, u Tima spotkasz wszystkich. Korpo-garnitury i robotników budowlanych w kombinezonach we wspólnej kolejce po poranną kawę, niańki filipińskie i matki kanadyjki z wózkami i dziećmi (psy czekają na zewnątrz) na lanczu po wyjściu z przedpołudniowych zajęć i wreszcie - grupki starszych, raczej niezbyt zamożnych (słynna kanadyjska obywatelska emerytura) osób na popołudniowym spotkaniu towarzyskim przy kawce i pączkach. Kiedyś myślałam nawet, że to jakiś zorganizowany "klub seniora", ale oni po prostu tam sobie siadują w grupach 6-8 osobowych na pogaduszki o polityce (choćby sławnej kanadyjskiej obywatelskiej emeryturze). Tak że wzmianka o wpadnięciu do Tima na kawę i pączki ze znajomą, sytuuje mi bohaterkę opowiadania w jakimś tam kontekście, którym się niniejszym z Wami dzielę. Acha, i te pączki - one nie są takie jak u nas. One albo mają w środku dziurę (i wtedy są "donatami") albo udają, że są tą dziurą wyciętą z donata (bo tak naprawdę to nie są), i są wtedy idealne na jeden kęs i u Tima nazywają się "timbitsami".

fot. Tim Hortons

Druga rzecz - Canadian Tire. To brzmi jak sklep z oponami, którym nie jest. A raczej grubo nie tylko tym jest. CT to sieć sklepów o prawie stuletniej historii, która rzeczywiście zaczęła się od sprzedaży artykułów samochodowych, ale teraz asortyment jest bardzo szeroki. W skrócie mówiąc podobny do OBI, choć mniej jest budowlanki, a więcej rzeczy "dla ludzi", zwłaszcza sportowych i turystycznych, ale też wyposażenia domu, daczy i działki. Pierwsza wzmianka o tym sklepie, jaką usłyszeliśmy, to była rada dla Karola, planującego zakup roweru: "Tylko nie kupuj roweru z Canadian Tire. Właściwie to nic nie kupujcie w Canadian Tire. Rozleci się za dwa dni" :). Rower nabyto więc w profesjonalnj placówce, ale mimo ostrzeżenia nie raz CT było drugim miejscem, do którego kierowaliśmy swe kroki, potrzebując czegoś do domu, jeśli nie znajdowaliśmy tego w Ikei. Stojak na buty, wieszak na ubrania, kosz na brudną bieliznę - choć kupione za tzw grosze, wciąż jeszcze nam służą. 
Tak więc znów - jeśli czytacie u Munro, że bohaterowie siadają z wieczornym drinkiem na leżakach z Canadian Tire, lub w upalny dzień włączają wentylator kupiony tamże - możecie być pewni, że to ludzie niezbyt wybredni, nieprzesadnie zamożni i niemieszkający w luksusach - po prostu zwyczajni.
Swoją drogą, o asortymencie CT i ich pro-outdoorowej orientacji świadczyć może np poniższe zdjęcie z wyborem rakiet śnieżnych, zrobione kiedy wpadliśmy zobaczyć, czy da się kupić sanki, ale w pierwszy bardzo śnieżny weekend sanki były akurat wykupione do ostatka.


No i wreszcie - "wycieczka na wieżowiec Canadian National". Rozumiem, że tłumacz/ka w Toroncie nie był i stąd ta pomyłka, ale moim zdaniem bohaterowie byli raczej na: 

CN Tower
W tłumaczeniu czy oryginale, jeśli jeszcze nie znacie opowiadań Munro - serdecznie polecam


Monday, June 23, 2014

Współmieszkańcy


Mieszkanie w Toroncie, w dzielnicy domków, różni się od mieszkania w śródmieściu Warszawy m. in. możliwością bliskiego kontaktu z dziką zwierzyną. No, taką pół-dziką powiedzmy - nie udomowioną, ale prowadzącą miejski tryb życia.
Przedstawiam więc galerię współmieszkańców.
(Zdjęcia - tam, gdzie się udało, własne, a w przeciwnym razie źródło w podpisie)

1. Najczęściej spotykane - czarne i szare wiewiórki. Bardzo sprawnie biegają nie tylko po gałęziach, ale także ogrodzeniach i kablach elektrycznych. Zdziwiło mnie to, że potrafią być naprawdę hałaśliwe. Jeśli spotkają się dwa bojowo nastawione osobniki, to awanturują się na całego i wygrażają sobie łapkami (ale tak bardziej na postrach, nie widziałam, żeby doszło do poważnych rękoczynów).
Oprócz tego wiewióry to złodzieje - ilekroć wywieszaliśmy zimą kromkę-karmnik (oblepioną ziarenkami) dla ptaszków, pierwsza orientowała się wiewiórka, odcinała sznurek i z całą kromką śmigała na drzewo.
Ponadto są to szybkie skubańce i nie lubią pozować, więc zdjęcia z Wikipedii:


2. Czasami widujemy też pręgowce amerykańskie (chipmunks) - mniejsze, płowe, pasiaste, bardziej płochliwe i zdaje się bardziej naziemne niż wiewiórki. Nigdy nie przyłapałam żadnego chipmunka na jakiejś niegodziwości.
fot. Gilles Gonthier via wikipedia



















3. Króliki. Konkretnie gatunek zwany po polsku królikiem florydzkim. Zdjęcie (tytułowe) łatwo było zrobić, gdyż ich taktyka przy spotkaniu z człowiekiem to "przycupnę bez ruchu i będę udawać, że mnie nie ma". Mogą sobie na to pozwolić, bo jak już się podejdzie blisko i zechcą dać dyla - to tylko ten biały ogonek mignie i tyle go widzieli. Mam mocne podejrzenia, że to właśnie jakiś długouchy częstuje się regularnie nacią pietruszki, marchewki i kwiatkami z naszego ogródka, chociaż... jest jeszcze jeden podejrzany, a mianowicie

4. Świszcz. Wygląd ma bardzo poczciwy, ale śmiało poczyna sobie w ogródkach. Z całą pewnością żarł mlecze i koniczynę, a pietruszkę niby ominął, ale może dlatego, że patrzyliśmy ;). Jeśli słyszeliście kiedyś o "Dniu Świstaka", to powinniście byli słyszeć właśnie o "Dniu Świszcza". To jest bowiem to stworzenie, na podstawie którego zachowań w dniu 2 lutego wróży się wczesne lub późne przyjście wiosny. (Jak jest słonecznie - wyjrzy na chwilę i wróci do norki, a wiosna nie przyjdzie jeszcze długo; w dzień pochmurny natomiast - wyruszy w teren, a wiosna będzie prędko).
















5. Last but not least: "ulubieńcy" właścicieli domów, czyli szopy. W miejskich warunkach żadne z nich "pracze", raczej złodzieje i włamywacze, a ich głównym celem są tzw zielone kubły - pojemniki na odpady kompostowalne. Szop to zwierzę wszystkożerne - ucieszy się resztkami kaszy, kośćmi z kurczaka i obierkami z jabłek, a jako stworzenie nad wyraz inteligentne, docenia zapewne rozrywkę umysłową, jakiej dostarczają liczne i różnorodne zabezpieczenia kubłów (klamry, sprzączki, pasy, zatrzaski, łańcuchy, kłódki, śruby...). Szopy są z wyglądu sympatyczne w tych swoich "maskach" na pyszczkach i z pasiastymi puszystymi ogonami, ale nikt nie przepada za porannym sprzątaniem porozwalanych śmieci, więc rozumiem dlaczego nie mają wielu fanów. Mimo wszysko poziom hejtu w internecie budzi grozę. Łatwo trafić na nienawistne pogróżki ("powystrzelam"), pytania ("jaki kaliber?"), odpowiedzi (.22), oraz perfidne porady, np. jak użyć pułapki (o wiele mówiącej nazwie "hav-a-hart", przeznaczonej do bezkrwawego chwytania i wywożenia zwierząt) do zamordowania szopa bez rozgłosu (zamkniętego w pułapce - zatopić). Brr. Wszystkie przykłady - z forum doityourself.com (nazwa sugeruje raczej portal dla majsterkowiczów), w dziale "recreational outdoor activities"... Ręce opadają, ale to USA. Po kanadyjskiej stronie internetu więcej ogłoszeń firm zajmujących się profesjonalną wywózką szopów i zabezpieczeniem domu przed ponowną inwazją (bo oprócz tego, że stołują się w śmietnikach, lubią też zamieszkać na strychu, w piwnicy lub pod tarasem)
6. No i jeszcze, trochę z innej beczki: mróweczki. Tzw. carpenter ants, budzą postrach, bo tutaj buduje się z drewna i dykty, więc duża i pracowita kolonia może w try miga przeżreć ci elementy konstrukcyjne domu, za który zapłaciłeś dajmy na to milion baksów. Na fot. - mniej drastyczny przykład - ktoś właśnie ułożył sobie nowe belki okalające trawniczek. Zdaje się, że długo ich mieć nie będzie:
Nie wiem, czy widać to na powyższym zdjęciu, ale carpentery są duże - do 13mm długości, dzięki czemu przerabianie domów na wióry idzie im szybko i sprawnie.

  
Mrówa z kanadyjską pięciocentówką. Fot "The Ant Man"
Była belka - nie ma belki. Fot z internetu










Tym optymistycznym akcentem zakończę, bo mrówcza praca nad blogiem zabiera mi cenne godziny snu. Innym razem jeszcze o ptaszkach - kolorowych i śpiewających aż miło.

Monday, June 9, 2014

Wczesnoletnie weekendy

Plac zabaw na plaży w Pickering

W Ontario jak to w Ontario - jak tylko doczekaliśmy się końca zimy, zaczęło się lato. A jak lato to wycieczki. Oto jak spędziliśmy niektóre słoneczne weekendy:

19 maja wybraliśmy się wreszcie na długo planowaną przejażdżkę "biało-zielonym pociągiem" (czyli podmiejskim). Dojechaliśmy do miasteczka Pickering, z niewielkim portem jachtowym, plażą, placem zabaw i elektrownią atomową (to te betonowe "silosy" w tle placu zabaw).



Union Station

25 maja w ramach dnia otwartych drzwi odwiedziliśmy Water Treatment Plant, czyli tutejsze filtry. 
Jechaliśmy tam ponad 2h, ale było warto: piękna lokalizacja, dobra architektura, wysmakowane detale i materiały. Gucio docenił głównie to, że można było popstrykać pstryczkami i przełożyć wajchę.
 
Filtry są oczywiście nad jeziorem, bo to z niego czerpie się wodę dla Toronto
 
 



 

... i wszystko w marmurach, a co

1 czerwca z okazji Dnia Dziecka (nie aż tak "międzynarodowego", jak to się nam wydawało, bo tutaj go nie ma) wybraliśmy się na safari. Trzeba przyznać, że wrażenia rzeczywiście lepsze, niż w zoo. Było trochę strachu, z tym że baliśmy się nie lwów, a głównie małp - że nam podrapią wypożyczone auto.
 
Słonie w kąpieli
Lwy na tarasie z widokiem na antylopy - podejrzewam, że to może być stresujące dla obu stron. Zwracam za to uwagę na całkiem niezłą architekturę (w porównianiu z tym, co zwykle się widzi w "zoach")

Małpy się wożą. Wybierają te pojazdy, w których przez okno pokazuje im się smakołyki, więc nam dały spokój

Panie kierowco, dokumenty do kontroli
Dzieciaki w fotelikach? A pasy zapięte?
Na mnie największe wrażenie zrobiły nosorożce - naprawdę piękne zwierzaki...
...z każdej strony
Reniferek. Się zabłąkał do tej Afryki
I jeszcze mały pokaz sztuczek w wykonaniu słoni (słoń pomaga pani wsiąść)

 7/8 czerwca - biwak! Było nieźle, ale spanie w czwórkę w jednym dużym śpiworze, na jednym materacu, to zdecydowanie nie był najlepszy z pomysłów.

Każde miejsce biwakowe to otoczona drzewami działeczka, z miejscem na ognisko i stołem piknikowym

Marshmallows pieczone nad ogniskiem - tutejszy kultowy przysmak kempingowy

 

A Stefan mógł wreszcie do woli posiedzieć sobie w aucie