Wednesday, April 23, 2014

Kanadyjskie gęsi

No i tak. Myślałam, że temat przeleży i się zdezaktualizuje, ale W DALSZYM CIĄGU NIE MA WIOSNY. Tak więc - mam nadzieję, że jako ostatni akcent mijającego sezonu - post o tubylczej odzieży zimowej. Na wstępie uprzedzam, że będzie niezbyt dogłębnie. Oraz że nie o populacji korporacyjnych modniś i dandysów ze szklanych wieżowców, tylko o zwykłych Toroncianach z naszej dzielnicy (mieszkaniowej, tzw dobrej, pełnej zamożnych rodzin z dziećmi w wieku przed- i szkolnym).
O tej a nie innej porze roku, w tym a nie innym miejscu, obowiązuje swego rodzaju umundurowanie. Zdecydowanie nie wypada się na co dzień "stylizować", wymyślać skomplikowanych outfitów z wyszukanymi dodatkami, tylko wrzucić na siebie zestaw "kanadyjska zima", w którym komponent kanadyjskości i zimowości są równie istotne. Kanadyjczycy zachowują się trochę tak, jakby to oni wynaleźli zimę, a cała reszta świata tylko wypożyczała od nich licencję (i trzeba przyznać, że pogoda w tym roku robi wszystko, żeby ich w tym utwierdzić). W związku z tym uważają zdaje się, że na zimę nadają się tylko ubrania rodzimych marek. Taki etos, taki szpan. Kanadyjski patriotyczny zestaw zimowy składa się więc z:
1. Kurtki puchowej firmy Canada Goose (made in Canada, ok. $600), z puchem kanadyjskich gęsi,  grubaśnym naturalnym futrem na kapturze i wielkim logo na rękawie. W zależności od wieku nosi się wersję krótką w intensywnym kolorze lub dłuższą (nawet do pół łydki - ta za $900) w kolorze stonowanym. Przy czym, aby podkreślić wybitne właściwości termiczne kurtki, najlepiej nosić ją na sam T-shirt i rozpiętą. 
Trzeba przyznać, że kurtki są naprawdę najwyższej jakości i zanim, wylansowane przez celebrytów, stały się mega-popularne wśród mieszczuchów, służyły głównie żołnierzom kanadysjkich sił zbrojnych w rejonach arktycznych (Canadian Rangers), policji prowincji Ontario i służbom Ministerstwa Środowiska. Mój zapał do tej kurtki studzi (a wręcz zmraża) jedynie jej cena.


















2. Śniegowców firmy Sorel (ok.$180-$250). Trzeba przyznać, że przy takiej ilości soli, jaką wysypuje się tu na chodniki, ogumowanie całej dolnej części buta ma sens - nawet przy minus 15*C brodzi się w słonej brei. Oryginalnie, do 2000 roku, buty Sorel produkowane były wyłącznie w Kanadzie, ale firma zbankrutowała a marka została kupiona przez amerykańską Columbię, która produkcję przeniosła do Chin i zdecydowanie poszerzyła asortyment. "Sorelki" zachowały swoje logo i charakterystyczny wygląd  (sznurowane skóro-gumo-filce), a najwyraźniej również miłość Kanadyjczyków (choć nie bezwarunkową - po internecie krążą narzekania na jakość obuwia wyprodukowanego w Chinach i legendy o niezniszczalnych sorelach sprzed lat, "Made in Canada")
Gdzieś w połowie marca, na po-zimowej (wtedy wszyscy w to wierzyliśmy) wyprzedaży, Karol zaopatrzył się w sorele jako przyszłą pamiątkę z Kanady. Trzeba przyznać, że buty (zwłaszcza w rozmiarze 46) robią wrażenie. Gruba gumowo-skórzana skorupa plus wewnętrzny (wyjmowany) but filcowy dają poczucie bycia gotowym na każdą możliwą zimę i ważą jedyne... 1,7kg (na każdą nogę, czyli para 3,5kg)

Model męski klasyczny (1964 PAC)
Model damski jednowarstwowy

Wewnętrzna wkładka modelu PAC
3. Spodni dresowych firmy Roots ($70), luźnych, z grubej, ciepłej dzianiny, niemal zawsze w kolorze szaro-bury-melanż, z logo-boberkiem z przodu i wielkim napisem na zadzie





3a. Spodni do jogi firmy Lululemon (ok.$100). Można by napisać po prostu - czarnych legginsów, ale to chyba nie przypadek, że 9 na 10 z nich ma gdzieś niewielką, charakterystyczną literę Ω. Legginsy mogą być długie lub ledwie za kolano, bo przecież przy tak ciepłych butach i kurtce, ten kawałeczek gołej nogi jest wręcz potrzebny dla zachowania termicznej równowagi.
Lululemon, kochana przez tubylców tak, jak kochana jest tu joga (czyli namiętnie), zaliczyła w zeszłym roku spore marketingowe potknięcie. Kiedy internet zalała fala zdjęć pośladków prześwitujących przez ich czarne spodenki, firma ogłosiła akcję zwrotów/wymiany spodni ze zbyt przejrzystej partii. Niestety, wskutek przyjętej metody weryfikowania faktycznej przejrzystości spodni, w necie wkrótce zagotowało się jeszcze bardziej - od oburzenia klientek, proszonych przez personel sklepów o pochylenie się w spodniach i poddanie ocenie...




4. Hitu tej zimy - rękawiczek z jednym palcem z kolekcji olimpijskiej Sochi 2014 domu towarowego Hudson's Bay (tylko $10! w dodatku dochód przeznaczony jest dla kanadyjskiego komitetu olimpijskiego). Na ten gadżet, jako posiadaczka wiecznie zmarzniętych rąk, nawet miałam ochotę się skusić, ale skład - 100% akrylu - je zdyskwalifikował. [Sama Hudson's Bay to firma - legenda, kompania handlowa założona w 1670 (najstarsza w Ameryce Północnej), początkowo zajmująca się skupem futer nad Zatoką Hudsona (stąd nazwa) i eksportem ich do Europy]


W takich ubraniach całą zimę biegają tubylcze kobiety i dzieci, natomiast jeśli chodzi o mężczyzn, nia mam pojęcia - oni są w pracy i w okolicy wielu nie widuję ;)

Thursday, March 13, 2014

Cottage czyli zima na daczy



Dla równowagi, zaraz po moim najmniej ulubionym święcie, nastąpił długi weekend z okazji tzw. "Dnia Rodzinnego" (Family Day) - 17 lutego. Taki sympatyczny pomysł. Bez żadnej państwowej  rocznicy, kościelnej uroczystości, po prostu dzień do spędzenia z rodziną. Postanowiliśmy użyć go zgodnie z przeznaczeniem, a żeby było weselej grono rodzinne poszerzyliśmy jeszcze o Olę, Czarka, Dorotę i Marcina i wynajęliśmy COTTAGE (czyt.: kotydż). 
Cottage nie tłumaczy się jednym słowem na polski, chyba że słowem "dacza", które zdaje się też jest niepolskie. W każdym razie jest to dom wakacyjny (bo nie tylko letni) w jakimś ładnym miejscu nad jeziorem (których są tu bazyliony - polodowcowo). 
Kotydż to instytucja. Kto ma kotydż, ten jest pan. Na wspólny wiejski (czy raczej "wiejski") wypoczynek zaprasza bliższą i dalszą rodzinę i znajomych. Kto nie ma - jeździ na kotydż do przyjaciół lub rodziny, lub ewentualnie, jak my - wynajmuje kotydż cudzy. W kotydżu zimą siedzi się przy stole, telewizji, kominku, planszówkach i winie, a w lecie leżakuje na leżakach przy grilu i piwie, patrząc na jezioro. Łatwo więc zrozumieć, czemu Kanuksi kochają kotydże i czemu pełen malowniczych lasów i jezior region nieco-na-północ-od-Toronto jest nimi tak nasycony, że nazywa się go "Cottage Country". Nawet w dziedzinie urządzania wnętrz kotydż to odrębny dział, z meblami i dodatkami w stylu i klimacie wiejsko-wakacyjnym, czyli jednym słowem - kotydżowym.
Nam też się w kotydżu bardzo podobało, ze względu zarówno na: piękną zimę, fajny dom i miłe towarzystwo. Żałowaliśmy tylko, że przed wyjazdem nie udało się kupić sanek, bo moglibyśmy robić spacery po zamarzniętym jeziorze (bez sanek wchodziło w grę tylko noszenie obydwu zawodników, bo zapadanie się w śnieg po kolana bawiło ich tylko przez pierwsze trzy kroki). 
Bez zbędnych dalszych opisów - było tak:












Ukryta opcja arabska?

A po przewalankach w śniegu nie ma jak herbatka na werandzie



Tuesday, February 18, 2014

Special znaczy wyjątkowy

 
14 lutego. W Polsce pewnie słychać narzekania na obce, importowane, komercyjne i plastikowe "święto". Z kolei kwiatek, czekoladka albo randka jeszcze żadnemu związkowi nie zaszkodziły, a "cichym wielbicielom" może potrzebny jest jakiś impuls czy pretekst do ujawnienia się. Generalnie nie miałam nigdy specjalnie serca do tego święta, ale też wcale mi ono nie przeszkadzało. 
Natomiast Walentynki w postaci kanadyjskiej są trudniejsze do przełknięcia. 
Może coś mylę, ale wydawało mi się, że to dzień miłości "parzystej" (czyli tzw romantycznej, erotycznej, czy jak ją tam zwał). I już zdążyłam się pogodzić, że przez parę dni każdy sklep, kwiaciarnia, cukiernia czy pralnia ma wystawę pełną serduszek i pomysłów na "romantyczne" prezenty. Myślałam, że w Kanadzie będzie tak-samo-tylko-bardziej, ale się pomyliłam.
Coś mi zaczęło świtać, kiedy na karteczce z przedszkola z informacją o planowanym walentynkowym przyjęciu, znalazłam też instrukcję, aby tego dnia przynieść wystarczającą ilość (21) walentynek podpisanych "od Gucia" i rano włożyć je do torebek z imionami, które będą przygotowane na stoliku. I żeby nie wkładać tam słodyczy, a jeśli już upominki, to naklejki, ołówki itp. Zastanawiałam się, ile nas to będzie kosztować, bo przeciętna kartka okolicznościowa to ok.$4-5, ale rychło okazało się, że wszędzie można kupić tanie komplety (20-40 sztuk za $3) mini-kartek dla dzieci z wybranym motywem (od Barbie czy Peppy po Batmana i ciężarówki; my wybraliśmy roboty), wydrukowanymi krótkimi życzeniami i miejscami do wpisania "od kogo" i "dla kogo". W przedszkolu i szkole każdy dostaje walentynkę od każdego. Zbiera się je do przygotowanych na tę okoliczność oklejonych serduszkami torebek. Kartki, naklejki, lizaki, dropsy, ołówki, gumki - wszystko w dowód miłości każdego przedszkolaka do wszystkich pozostałych. Wpadł mi w ręce felieton walentynkowy w lokalnej gazecie. Autorka opisuje trudności z wręczeniem bez pomyłek właściwych kartek wszystkim kuzynom i kolegom szkolnym swoich sześciorga (!) dzieci i proponuje łatwy patent, by ułatwić sobie zadanie i uniknąć wpadek: imieniem wypełniają tylko rubrykę "Od", natomiast w polu "Dla" wpisują coś uniwersalnego, jak np. "Ciebie" lub "Mojego przyjaciela" (zapewne wyjątkowego). W przedszkolu Gucia ułatwianie życia poszło jeszcze dalej i wg instrukcji pole "dla" należało po prostu zostawić puste :)
W ogóle odmienianie przy okazji Walentynek słowa "special" przez wszystkie przypadki zakrawa na grubą ironię, bo miłosne wyznanie, najlepiej poparte jakimś (wyjątkowym jak lizak-serduszko z wielopaku) prezentem, należy wręczyć w tym dniu dosłownie każdemu: nie tylko ukochanemu czy ukochanej, ale rodzicom, dzieciom, dziadkom, wnukom, kuzynom, ciociom i nianiom. Oraz zwierzętom domowym. Ważne jest bowiem, by nikt w tym dniu nie poczuł się niekochany i wykluczony. Aby na tym tle twój wybranek czy wybranka mogli się poczuć uhonorowani rzeczywiście wyjątkowo, trzeba już naprawdę mocno się postarać, więc równolegle trwa pościg za najwymyślniejszym prezentem walentynkowym dla drugiej połówki (co też jest bardzo stresujące - patrz ten sam felieton w gazecie). Summa summarum, o ile Święto Dziękczynienia mnie bardzo ujęło, a Halloween wydał mi się na swój sposób zabawny i posiadający swoistego, hm, ducha, o tyle tz. święto zakochanych jest jakąś parodią samego siebie i z wielką przyjemnością obeszłam je... jak najszerszym łukiem. Gucio oczywiście stwierdził, że lubi Walentynki, bo jak by nie patrzeć, lizak to zawsze lizak, nawet jeśli "From Alexa, with love". I nawet jeśli dwa dni wcześniej, czmychając z objęć rzeczonej Alexy, z bogatego zasobu angielskich słów miało się dla niej tylko jedno, stanowcze "NO"
***
Charakter tego przedziwnego święta dobrze oddaje fakt, że już 14 lutego rano, kiedy wpadliśmy do  dużej drogerii (coś jak Rossmann) po jakieś pampersy czy kaszkę, wszystko co różowe/czerwone/w kształcie serca było o 80% przecenione i w pośpiechu zgarniane na dolną półkę, by wyżej zrobić miejsce na - tadaaaam! - czekoladowe kolorowe jajka i króliki.
***
PS. Na zajęciach muzycznych w tygodniu walentynkowym także silnie obecny był motyw "ajlowju", w kontekście rodzinnym oczywiście, a nie erotycznym. Na przykład w postaci takiej piosenki :

We love our mommies, oh yes, we do
(Kochamy mamy, o tak o tak)
We love our mommies, oh yes, we do
(Kochamy mamy, o tak o tak)
When they're not near us we feel blue
(Kiedy ich nie ma smutno nam)
We love our mommies, oh yes we do
(Kochamy mamy, o tak o tak)

We love our daddies, oh yes we do
(Kochamy tatów o tak o tak)
We love our daddies, oh yes we do
(Kochamy tatów o tak o tak)
You might have one or you might have two
(Możesz jednego mieć lub dwóch)
We love our daddies oh yes we do
(Kochamy tatów o tak o tak)

We love our grandmas, oh yes we do
(Kochamy babcie, o tak o tak) 
We love our grandmas and grandpas too
(Kochamy babcie i dziadków też)
When they're not near us we feel blue
(Kiedy ich nie ma smutno nam)
We love our grandmas oh yes we do
(Kochamy babcie, o tak o tak)

And nannies too!
(I nianie też!)

Jedno więc trzeba im przyznać - w unikaniu wykluczenia i dyskryminacji mają dobry trening, od przedszkola. 

Jesse Tyler Ferguson, Eric Stonestreet, Modern Family
Serial "Modern Family", fot. Eric McCandless/ABC



Wednesday, February 5, 2014

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Eskimosach


Pierwsza i najważniejsza informacja o Eskimosach w Kanadzie jest taka, że nie ma tu ani jednego. To znaczy - nie ma nikogo, kto by się za Eskimosa uważał. To dlatego, że nazwa Eskimos wymyślona została przez "cywilizowanych" przybyszów i badaczy i prawdopodobnie (choć nie na pewno) oznacza tyle co "zjadacz surowego mięsa" oraz jest uważana za obraźliwą (nie wiedzieć czemu zresztą, zważywszy na fakt, że ludzie ci rzeczywiście jadają części swoich zdobyczy na surowo, ale o tym potem). W każdym razie ludy kanadyjskiej Arktyki nazywają siebie Inuitami (to słowo w ich języku oznacza po prostu "ludzie"), a Eskimosi to są na Alasce i w Rosji.

Jak łatwo się domyślić - Inuici ubierają się ciepło, często kosztem innych mieszkańców Arktyki, którym muszą zaiwanić ciepłe futro...


...i nie tylko futro. Teraz oczywiście w większych skupiskach ludzkich zawsze znajdzie się sklep spożywczy, a w nim masło orzechowe i cola. Ale tradycyjna dieta składała się niemal w 100% z ryb i mięsa, czyli była bogata w białko i tłuszcz (aż 75% przyswajanych kalorii - z tłuszczu), a niemal pozbawiona węglowodanów. A także po naszemu rozumianych "zdrowych produktów" - czyli  kasz, warzyw i owoców (te, jak wiadomo, nie rosną na śniegu). Zbierano oczywiście to, co było dostępne - jakieś wodorosty, korzonki, czy kilka jagódek. Co ciekawe, taka dieta wydaje się nie mieć negatywnego wpływu na zdrowie i nie powoduje znaczących niedoborów - zapewne właśnie z powodu zjadania na surowo odpowiednio dobranych produktów - foczych wątróbek, wielorybiej skóry i in. Średnia długość życia współczesnych Inuitów jest mimo wszystko krótsza niż przeciętnego obywatela Kanady, ale podejrzewam, że może to wynikać z ogólnych warunków bytowych i np dostępu do opieki zdrowotnej. Przeciętny obywatel Kanady mieszka bowiem najczęściej w dużym mieście w Ontario, a nie koczuje na śniegu w Nunavut:
Population_Density_Map_of_Canada.gif
I jeszcze jeden mapko-wykresik, pokazujący, jak mało jest w ogóle ludzi (i ilu wśród nich Inuitów) w północnych rejonach Kanady:
Table1:  Population distribution in the Canadian Arctic regions

Ale to się może wkrótce zmienić. W odróżnieniu od reszty tutejszego społeczeństwa, populacja Inuitów jest młoda i dynamicznie się rozwija. Mediana wieku w całej populacji Kanady to ok. 39 lat, a w populacji Inuitów - 22 lata (mniejsza długość życia zapewne też ma wpływ na ten wynik), a odsetek ludności inuickiej w północnych prowincjach rośnie. Sytuacja, której europejskie starzejące się społeczeństwa mogą pozazdrościć, ale to też duże wyzwanie. Przybywa dzieci i młodych dorosłych, w wieku produkcyjnym i rozrodczym, rośnie więc zapotrzebowanie na pracę zarobkową i na mieszkania, których podobno już teraz jest na północy za mało. Bo młodzi Inuici nie marzą dziś o uganianiu się za fokami i własnym, przytulnym małym... iglu.

 http://www.timothyjkitchenandbath.com/wp-content/uploads/lg-gallery/Article%20Images/EvolutionOfTheKitchen/slides/InuitIglooCooking.jpg
O właśnie, o IGLU (pisownia tubylcza) też dowiedziałam się kilku rzeczy:
- Inuici to ludzie wędrujący, iglu bywa więc budowane prowizorycznie, na kilka nocy, ale bywa też na dłuższy czas
- Iglu jest na zimę, a w miesiącach "letnich" stawia się coś w rodzaju jurty
- Iglu wewnątrz ma więcej miejsca, niż mogłoby się wydawać, gdy się patrzy na nie z zewnątrz. W części pomieszczenia można swobodnie stać (albo tańczyć:). To dlatego, że część podłogi znajduje się poniżej poziomu terenu - iglu nie tylko buduje się wzwyż, ale też wykopuje w śniegu. Ta część pomieszczenia, która nie ma obniżonej podłogi, pełni funkcję sypialną. 
- Wejście do iglu też nie jest takie, jak sugerowałby wygląd "przedsionka", który widać na powierzchni - bo też jest wkopane. Wchodzi się przez niski tunel wydrążony w śniegu tak, by do wnętrza właściwego pomieszczenia było pod górę. Działa to jak syfon - zimne powietrze zostaje w najniższej części, a z pomieszczenia mieszkalnego nie ucieka ciepło (w kopule jest za to otwór wentylacyjny). Podobno w iglu bez ogrzewania i gotowania na kuchence, tylko dzięki obecności ludzi, panuje temperatura ok.16*C, a przy ogrzewaniu lub używaniu kuchenki - znacznie więcej.

- I wreszcie, jakbyście kiedyś chcieli zbudować iglu: nie trzeba układać ze śniegowych bloków coraz mniejszych pierścieni. Byłoby to zesztą bardzo trudne, bo przed ułożeniem ostatniego bloku w każdym pierścieniu, wszystkie pozostałe wymagałyby podtrzymywania. Bloki układa się więc  spiralnie, dzięki czemu osoba stojąca w powstającym iglu musi podtrzymywać od tylko ostatni dołożony blok, podczas gdy druga osoba docina i dokłada kolejne.







File:Igloo spirale.svg 

PS. Żadne zdjęcie ani ilustracja nie należy do mnie, większość pochodzi z wikipedii, a niektóre skądinąd.

Monday, January 27, 2014

Bratki 8 - wspaniałomyślność


Stefan szarpie pampersa, ale nie udaje mu się go zdjąć
- Mama, Stefan się martwi że ma siusiak schowany... Stefan, nie martw się, pobawimy się moim!

*
Wybaczą Państwo, że post bez ilustracji

Taki mamy klimat

Ale wieje, no ale wieje, aż się poziomu nie da złapać...
Dzisiaj piekna zima. Mróz jest (-13), śniegu nasypało. Ciężko pchać po chodnikach wózek na małych kołach (ale za to nie ma opcji zmarznąć). Przez chwilę padało naprawdę gęsto, ale zaraz potem wyszło słońce. Ani śladu mglistej, depresyjnej szarości, jaką pamiętam z polskiej "zimy w mieście". Jest jeszcze jeden powód, dla którego zima w Toroncie jest milsza niż warszawska - dni są wyraźnie dłuższe. Nigdy, nawet w grudniu, nie robi się ciemno o w pół do czwartej. Nawet z ciekawości sprawdziłam: słońce zachodziło najwcześniej o 16:41 (w Waw - 15:21), a najkrótszy dzień miał 8h 56min. Teraz słońce zachodzi o 17:21, czyli Karol powinien już wychodzić z pracy za jasności (z tym że kiedy powinien, a kiedy wychodzi, to bywają dwie różne rzeczy ;).

Dzisiaj rano, wychodząc z Guciem do przedszkola, Stefek zabrał dla towarzystwa swoją kochaną Pandę, ale gdzieś po drodze niestety z tego towarzystwa zrezygnował (albo mu wypadła na wybojach). Panda miała więc dramatyczne przeżycia - wyrzucona z wózka w nieznanym miejscu, na mrozie, w zadymce, może nawet na ulicy, między kołami przejeżdżających aut, czekała w niepewności z pół godziny, aż znaleźliśmy ją w drodze powrotnej. Jak widać jakiś życzliwy przechodzień ulitował się nad nią i posadził bezpiecznie przy latarni. Uśmiech Stefana na widok Pandy na chodniku - bezcenny.

No tak, ale ja tu gadu-gadu, a pora by się zabrać za odśnieżanie chodnika, ku swojej włsnej i ogólnej korzyści.

Tuesday, December 31, 2013

Winter wonderland, czyli ferie w obrazkach

Jedna z wystaw domu towarowego Hudson's Bay


Ferie świąteczne były długie i przyjemne, a przed nami (mną, Guciem i Stefkiem) - jeszcze tydzień "wolnego" - czyli Gucia niechodzenia do przedszkola. Karol już pracuje.

Co robiliśmy od 21 grudnia? Tym razem zamiast przydługich opisów - dużo zdjęć.

W nocy z soboty na niedzielę był "ice storm" - czyli zamarzający deszcz, po którym drzewa połamały się w całym mieście, przeciążone lodem. No i nie pojechaliśmy po choinkę, bo nie dało się jeździć (na ulicach lód, drzewa i niedziałające światła)

 
 Był to dość poważny kataklizm (na szczęście bez ofiar), ale za to wyglądał malowniczo
 
 
Nic dziwnego, że się łamało
W Wigilię udało nam się zdobyć, postawić i roztopić choinkę (była oblodzona podobnie jak wszystko, co nie było pod dachem w sobotnią noc - na oko licząc wg ilości wylanej wody, było na niej ok 20kg lodu), a nawet powiesić lampki i kilka ozdób na krzyż (i zbić jedną bombkę), ale zaraz potem musieliśmy pędzić na proszoną kolację, z której zdjęcia może dostaniemy. A po powrocie rozpakowaliśmy jeszcze prezenty spod naszego drzewka

To zdjęcie zamieszczamy, bo widać na nim, że Stefan _ma_ włosy
Muchy bordo - last minute hand made project - zrobiły swoją robotę
W pierwszy dzień Świąt od rana pełne skupienie nad świeżo nabytymi klockami, a potem mieliśmy gości na obiad i gry pod choinką
 
 
 


W drugi dzień Świąt wyruszyliśmy obejrzeć zimę (niesamowite, że mają tu w środku miasta takie "dzikie", choć zadbane dolinki), a potem do Muzeum Nauki

 
 
 
 
(ten sztuczny śnieg, to nie ja, to google+)
 
Klocki "Kapla" - bardzo dobrze się ustawiają
 
...i równie spektakularnie rozwalają
Jak dorosnę będę nurkiem, ale zdjęcie w kosmonaucie też mogę sobie zrobić

 
O, Stefan!
 

 W trzeci... a nie, wróć: w piątek. W piątek poszliśmy zobaczyć jak się ma jezioro


W sobotę odwiedziliśmy Dorotę i Marcina (pozdrawiamy i dziękujemy!), skuszeni zaproszeniem na obiad i zabawę przefajną kolejką z klocków K-nex. Nie zawiedliśmy się ani na obiedzie, ani na klockach i w efekcie było tak fajnie, że wychodziliśmy z płaczem stereo...

 

W niedzielę pojechaliśmy na spacer do miasta, gdzie oprócz głównej atrakcji - lanczu w MacDo - spotkało nas też parę innych ciekawych rzeczy

Wczoraj był zwykły dzień roboczy, dziś Tata też w pracy, a na wieczór planujemy BRAK SYLWESTRA. Posiedzimy w piżamach pod choinką, obejrzymy jakąś kreskówkę pixara jedząc popcorn i pójdziemy spać. Szczęśliwego Nowego Roku!

PS. W odróżnieniu od wielu mieszkańców oblodzonego miasta, przez cały czas mieliśmy prąd, więc nie śpieszono się ze sprzątaniem naszego drzewa, ale dziś się doczekaliśmy - przyjechali panowie z maszynką i zmielili gałęzie