Monday, September 7, 2015

Koniec lata


Przyznaję bez ogródek - nie chciało nam się porzucać polskiego sielskiego lata i wracać do Toronto. Ale wróciliśmy i okazało się, że i tu lato ma swoje uroki. 
Choćby to, że do końca sierpnia działa na skwerku sadzawka z wodą (i dwoma ratownikami, choć woda po kolana) i że w wyniku wakacyjnych porządków kilka "nowych" pojazdów przeprowadziło się z domów sąsiadów na plac zabaw 

Jeep!
Pan ratownik pozwolił nawet bawić się wężem napełniającym sadzawkę
Tyyyle boisk do siatkówki na miejskiej plaży. Szkoda, że tak daleko od nas, ale raz w tygodniu można się pofatygować.
Nie do przecenienia jest kanadyjski pomysł na święto państwowe w pierwszy poniedziałek września (konkretnie - Święto Pracy), czego wynikiem jest długi weekend na koniec lata. Przy temperaturach ok. 30*C najlepsze co można z nim zrobić, to skorzystać z podstawowego ontaryjskiego bogactwa naturalnego, czyli wody. W niedzielę postawiliśmy na jezioro średniej wielkości (Balsam Lake) i wiosłowanie. Pływanie canoe to temat na oddzielny post (jak zbierzemy więcej doświadczenia), ale zasadniczo jest prawie równie relaksujące jak kajakowanie. Nieco emocji dostarcza jego chybotliwość, zwłaszcza w zestawieniu z dziećmi na pokładzie, ale na przykład Stefanowi to bujanie najwyraźniej przypadło do gustu. W dodatku bardzo docenił przemyślaną konstrukcję kamizelki ratunkowej - z podgłówkiem. 
Nie ma jak Wujek :)
Ukołysało

 Poniedziałek spędziliśmy jeszcze bardziej wakacyjnie i nad większą wodą - na plaży w Wasaga Beach nad Jez. Huron. Piłki, łopatki, wiaderka, zamoczone kapelusze, skóra tłusta od kremu z fitrem i zapiaszczone dosłownie wszystko - czyli normalne plażowe przyjemności.
Obrazek poniżej - Wasaga Beach, koniec maja 2013. Dzisiaj było dużo więcej ludzi, na górach (tam z tyłu) nie było śniegu, a z powodu upału nie chciało mi się robić zdjęć.


Jako że kempingu na długi weekend nie zarezerwowaliśmy w porę (w dodatku jeździliśmy to tu, to tam), a pogoda była akurat wyśmienita na spanie w namiocie - na trzy noce rozstawiliśmy go sobie w ogródku i też było fajnie.


A jutro - do szkoły!

Tuesday, April 14, 2015

Płynne złoto Kanady

Marzec 2015, Maple Syrup Festival w Mountsberg, Ontario

Wreszcie zrobiło się naprawdę ciepło, co oznacza, że skończyła się pora "syropowa". Kiedy (gdzieś w połowie marca) temperatury w dzień robią się dodatnie, a słodki płyn, niosący zmagazynowane w korzeniach zapasy, zaczyna płynąć do wszystkich gałązek drzew - to właśnie ten moment, kiedy trzeba zbierać klonowy sok.

W pnie klonów (najczęściej klonów cukrowych Acer saccharum) wbija się metalowe "kraniki", z których sok (do 12 litrów dziennie!) sączy się do plastikowych wiaderek lub płynie gumową rurką do większego, zbiorczego pojemnika.


wiaderka trzeba opróżniać dwa razy dziennie
albo założyć "sokociąg"
jak na 500 lat zbierania (syropu i doświadczeń) - postęp techniczny nie szokuje


To, co się uda po kropelce uzbierać, to oczywiście jeszcze nie syrop. To sok, który nawet nie smakuje słodko - ma tylko ok. 3% cukru (sacharozy). Aby uzyskał miodowo-bursztynowy kolor i swój charakterystyczny smak, trzeba jeszcze nad nim popracować. Sok podgrzewa się i odparowuje, kiedyś nad ogniskiem w wielkich kadziach lub "wannach", dziś, w sposób bardziej kontrolowany, ale wciąż badzo prosty, w takich oto maszynach:

Syrop otrzymany po odparowaniu powinien mieć określoną gęstość (66° w skali Brixa) i zawartość cukru (ok. 60-65%).

Syropy klasyfikuje się wg czystości i koloru, ale jak na Amerykę przystało, co stan/prowincja, to własny pomysł na klasyfikację. Na naszym stole lądują najczęściej butelki z napisem "Canada no 1 light" lub "Canada no 1 medium", z czego "light" i "medium" to określenia koloru, a "Canada no1" nie oznacza wcale że jest najlepszy w kraju (nawet się dziwiliśmy, że co jeden, to najlepszy :), tylko że jest w pierwszej kategorii czystości (brana jest pod uwagę przejrzystość i smak oraz brak osadu itp). 

Oprócz przemysłowej produkcji syropu, urządza się w sezonie "syropowe festiwale" w "syropowych osadach" - można zobaczyć jak się zbiera i zagęszcza sok (dziś i dawniej), zaopatrzyć się w syrop i produkty pochodne, no i oczywiście wprawić się w stan cukrowego haju, spożywając tony placków z syropem, parówek smażonych w syropie (tak, wiem, to brzmi dziwnie, smakuje również) i tradycyjnych lizaków zwanych "snow candies". Małe porcje gorącego syropu wylewa się na bloki lodu lub śniegu, skąd tężejący syrop zbiera się patyczkiem - i już.




Przy okazji można także połazić po błocie, przejechać się furą, poskakać w sianie i powspinać się po kostkach słomy.



A na koniec usłyszeć zdanie, którego człowiek nie byłby się nigdy spodziewał:
"Już nie chcę, ZA SŁODKIE"


PS. Zbierania i zagęszczania soku z klonów Kanadyjczycy nauczyli się, jak wielu innych rzeczy, od Indian
PS 2. Syrop klonowy jest nie tylko doskonałym żródłem cukru, ale też manganu, który zasadniczo niełatwo znaleźć w pożywieniu.
PS 3. Tytuł posta to nie czcza metafora: przy cenie ok $1800 za baryłkę syrop bije na głowę ropę naftową ($55).


Monday, April 6, 2015

Drugi Pierwszy Dzień


























1 kwietnia 2015. Tym razem to Stefan pozuje przed reklamą przedszkola w dniu swojego debiutu. Dokładnie w tym miejscu, co Gucio półtora roku temu.
Powodzenia, Stefku!

PS. Urocze w Stefanie jest to, że po prostu nie przyjmuje do wiadomości, że angielski to język obcy, którego nie zna. A dzięki temu, że na każde pytanie daje zdecydowaną odpowiedź "yea" lub "noou" (ewentualnie kręci głową), udało mu się do swojej wersji - tj. że zna angielski - przekonać panie przedszkolanki :)

Monday, January 12, 2015

Let's play dough


Ciastolina, czyli playdough (lub Play-Doh, jeśli tej właśnie firmy). Nie znam chyba dziecka, które nie lubiłoby od czasu do czasu pobawić się ciastowatym gnieciuchem. My też lubimy. Ale nie wiedzieliśmy, że można go tak łatwo, szybko i skutecznie zrobić w domu. 

Oprócz mąki, wody, soli i oleju, przepis zawiera jeden "magiczny" składnik, który w tutejszych warunkach nie jest niczym szczególnym, ale zastanawiam się, czy w Polsce jest do dostania. 
Tzw. "Cream of Tartar" to sól kwasu winowego, wodorowinian potasu ("kamień winny"): KC4H5O6.
Naturalnie sól ta krystalizuje w kadziach, beczkach lub butelkach z winem (nie wpływa na jego smak). W sklepie, sproszkowana, stoi obok przypraw i proszku do pieczenia. Używa się jej do usztywniania bitej śmietany, piany z białek, zapobiega utracie koloru gotowanych warzyw. Może być jednym ze składników proszku do pieczenia. Jako regulator kwasowości może się znaleźć w różnych produktach spożywczych (E336). Oprócz tego można jej użyć do czyszczenia niektórych metali i czegoś tam jeszcze, no ale przede wszystkim - do zrobienia fantastycznej domowej ciastoliny. 

fot. www.oetker.ie
 PRZEPIS
1 miarka białej mąki (1 U.S. cup)
1 miarka wody (opcjonalnie z barwnikiem spożywczym)
1/4 miarki soli kuchennej (4 U.S. tablespoons)
1/16 miarki oleju (1 U.S. tablespoon)
1/24 miarki wodorowinianu potasu (2 U.S. teaspoons)

Składniki sypkie należy wymieszać w garnku, dolać olej i wodę (z kolorem) i podgrzewać na średnim ogniu, mieszając. Podgrzewana masa gęstnieje, a kiedy zrobi się z niej w kula, należy wyłożyć ją na posypaną mąką powierzchnię i ugnieść na gładkie ciasto. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku (np woreczku ziploc). W wersji z wodorowinianem wytrzymuje podobno miesiące!
Ewentualnie można zrobić ciastolinę także bez niego, za to z dwukrotnie większą ilością zwykłej soli, ale będzie to raczej stara poczciwa masa solna (tyle że z dodatkiem oleju) - nie tak sprężysta, gładka i miła w dotyku, no i krócej dająca się przechowywać. Wiem, że szukanie po internetach to już nie to samo, co kupienie składników w spożywczaku na rogu, więc żeby choć trochę ułatwić Wam sprawę - znalazłam link do polskiego sklepu: http://www.evergreen.pl/
Bywa też oczywiście na allegro, nazwa handlowa produktu: kamień winny.
Barwnik nie jest niezbędny, ale i w procesie przygotowania masy i przy zabawie, kolor ma znaczący fun-factor.

gotowanie

ugniatanie

pakowanie
cięcie, wałkowanie
ucieranie

kluseczki (i szałowa piżamka!)

Miłego pichcenia, miłego gniecenia! Naprawdę warto spróbować.



Sunday, December 21, 2014

Happy Hanukkah! Smacznych latkes i wesołego drejdla!



21 grudnia - to już szósty, jeśli dobrze liczę, dzień święta Chanuki (tak się jakoś poukładało, że po angielsku "H" a po polsku "Ch"). Złożyło się też tak, że przez 30 lat życia w Polsce ledwie nazwa tego święta obiła mi się o uszy. Po przeczytaniu kilku opowiadań Singera doszła do tego wiedza, że na Chanukę zapala się świeczki w menorze. I właściwie tyle. I uważam, że to wstyd. Po pierwsze osobisty (bo przecież mogłam się zainteresować, wiedza jest dostępna), ale to wstyd też dla szkół i lektur, które niczego o kulturze żydowskiej mnie nie nauczyły, dla radia, telewizji, rodziny i znajomych (a wychowałam się w Lublinie). Biorąc pod uwagę kilkusetletnią wspólną historię, znikoma obecność kultury żydowskiej w kulturze polskiej i przede wszystkim w programie szkolnym, jest dla mnie co najmniej niezrozumiała. Jest właściwie tylko Holocaust (plus Jankiel w "Panu Tadeuszu" i Rachela w "Weselu" oraz "Sklepy cynamonowe" Schulza). Czemu pamięć o polskich Żydach sprowadza się do tego jednego, straszliwego zdarzenia? Co z ich literaturą, muzyką, tradycją? Jedyna obecność żydowskości w polskiej kulturze popularnej, którą sobie mogę przypomnieć, to tomiki z żartami "Przy szabasowych świecach" i musical "Skrzypek na dachu" (ale ten przyszedł z Ameryki).
Na szczęście teraz (szeroko rozumiane - jako ostatnie kilkanaście lat) dużo się w tej kwestii w Polsce zmienia - są różne akcje, festiwale kulturalne, czy choćby pewna moda na żydowskie restauracje. Miasteczka z żydowską historią zaczynają ją eksponować, zamiast przemilczać, porządkuje się i karczuje z chaszczy cmentarze. No i jest nowe warszawskie muzeum, może ono coś zmieni. Do czego zmierzam? Ano do tego, że o żydowskich świętach - ani kiedy są, ani jak były obchodzone - w Polsce nie wiedziało się. A w Kanadzie jesteśmy niecałe dwa lata, a już zdążyliśmy się nieco w tej kwestii podszkolić, jakoś tak mimochodem. I to są pożytki z wielokulturowości, ale także z tzw politycznej poprawności. 

Na zdjęciu powyżej widać Gucia i jego klasę (oraz jeszcze dwie inne) podczas występu 12 grudnia - był to koncert świąteczny. Świąteczny, ale nie "bożonarodzeniowy", a w każdym razie nie tylko. Były piosenki o "Merry Christmas", były chanukowe, były i o Kwanzie. O Diwali nie było, bo Diwali w tym roku wypadło w pażdzierniku, więc śpiewanie o nim w grudniu byłoby już mocno naciągane. Treść tych dziecinnych czy popularnych piosenek jest oczywiście dość powierzchowna, ale przynajmniej człowiek (mały i duży) nabywa świadomości, że w ogóle JEST Chanuka, Kwanzaa i Diwali, a nie tylko Boże Narodzenie. 

Wracając do Chanuki - oczywiście kto ciekawy może sobie wszystko zguglać, ale napiszę co nieco, skrótowo, może akurat kogoś zainteresuję.

Samo święto (zwane też Świętem Świateł) ustanowiono na pamiątkę powtórnego poświęcenia Świątyni Jerozolimskiej w II w p.n.e., po tym jak przejęli ją i "zbeszcześcili" starożytni Grecy. Wedle legendy zapalona przy tej okazji oliwna lampa płonęła aż osiem dni, mimo że ilość oliwy powinna była wystarczyć jedynie na jeden dzień. Stąd święto jest ośmiodniowe - zaczyna się 25 dnia miesiąca kislew, co we współczesnym kalendarzu wypada różnie, między końcem listopada a końcem grudnia, w tym roku 16 grudnia. W kolejne wieczory święta Chanuki zapala się w specjalnym świeczniku, o nazwie Hanukkiyah kolejną świeczkę (zwykła menora ma 7 miejsc, hanukowa 9, przy czym środokowa świeca nie jest "odświętna", to tzw strażnik, od którego zapala się pozostałe świece). Świece dostawia się od prawej strony do lewej, zaś zapala - od lewej do prawej. W wielu miastach, także w Toronto, ustawia się duże chanukowe menory w przestrzeni publicznej (raczej elektyczne niż z żywym ogniem), tak jak stawia się na miejskich placach okazałe choinki.

Toroncki ratusz, choinka i chanukowa menora (2013). Fot. shutterstock




Czego jeszcze dowiedzieliśmy się ze szkolnych piosenek: chanukowym smakołykiem są tzw. "latkes" lub "latkas". Wyraz nie bez powodu przywodzi na myśl polskie słowo "łatka", a kryją się pod tą nazwą po prostu placki ziemniaczane. To właśnie odkrycie wywołało u mnie refleksję nad rozmiarem (i przyczynami) mojej niewiedzy w temacie kultury żydowskiej. 

Hanukkah - Keep Calm Eat Latkes
proj.: oceanblue-design.com

Inny tradycyjny przysmak to "sufganiyot" - czyli po prostu pączki (bez dziury, za to z dżemem, co w Polsce jest oczywiste, natomiast tutaj - wyjątkowe)
Kolejny popularny, zwłaszcza wśród dzieci, element świętowania Chanuki to gra w drejdla. 
Drejdl (dreidel) to coś w rodzaju czworościennego bączka, przy użyciu którego gra się w prostą grę hazardową (na słodycze lub drobne monety). Tradycja grania w drejdla pochodzi ponoć stąd, że w czasie, kiedy studiowanie Tory było zabronione przez Greków, żydowscy chłopcy studiowali ją potajemnie, jako kamuflażu używając gry w drejdla właśnie. W okresie przedświątecznym, zamiast ozdób na choinkę, można sobie drejdla własnoręcznie wykonać - z masy plastycznej, solnej itp. lub tektury. W zeszłym roku, ostatniego dnia przed feriami świątecznymi, Gucio dostał w przedszkolu malutką paczkę od Mikołaja, a w niej między innymi małego plastikowego drejdla. Gra bardzo przypadła mu do gustu, bo zasady są proste, a rozkręcanie i obserwowanie bączka - fascynujące. W dodatku można wygrać COŚ, a nie samą satysfakcję z wygranej.
Drejdle drewniane. Fot wikipedia
Chanuka wiąże się także z obdarowywaniem prezentami, a popularnym upominkiem dla dzieci są "złote" czekoladowe monety (gelt), którymi można potem zagrać w drejdla.
Gelt (fot. geltinc.com)

Na koniec mniej wesoła refleksja - w komercjalizacji świąt też jest równouprawnienie: czy to Boże Narodzenie, czy Chanukę, świętuje się przez kupowanie. Ale to już zupełnie inna historia.

Thursday, December 11, 2014

Opad

Nie było śniegu, nie było i WTEM!
Dzisiaj rano wyprawa wózkiem (nie mówiąc o rowerku, na którym Gucio śmigał do szkoły jeszcze wczoraj) nie miała szans powodzenia. Zapakowałam więc ucieszony ładunek w plastikową łupinkę i pociągnęłam. Lekko nie było, spłynęłam potem, ale za to jaki FAN.

Potem mieliśmy ze Stefkiem trochę czasu do zabicia przed zajęciami z muzyki, a żadne miejsce nie nadaje się do tego lepiej niż Tim Hortons. Ciepło, smacznie, tanio i jest wifi.
Stefan zawsze z radością wita timbitsa, a kawę początkowo obadał z nieufnością

 
by uznać ostatecznie, że jest dobra. Gwoli ścisłości - zbadał dość powierzchownie, nie dochodząc głębiej niż bita śmietana.

Od tamtej pory minęło mniej więcej 5 godzin i nieprzerwanie sypie. Nie pozostaje nam chyba nic innego, jak pójść pozjeżdżać z górki na placu zabaw prosto po lekcjach (zwłaszcza że już pojutrze - odwilż).


Sunday, November 16, 2014

Święto dyni


Październik miesiącem dyni - co do tego nie ma wątpliwości. Jest święto dziękczynienia, z indykiem i pumpkin pie, są dynie na schodkach przed niemal każdym domem jako jesienna dekoracja. Im bliżej końca miesiąca, tym więcej dyń wyszczerza się w upiornym (lub całkiem sympatycznym) uśmiechu, by wreszcie 31-go rozjaśnić słotny i wietrzny wieczór halloweenowy i wskazać dzieciom drogę do cukrowego haju. Mam takie podejrzenie, że haloweenowe opętanie dzieci biorących udział w "trick-or-treating" (doszły mnie słuchy, że w Polsce są takie obawy) - to nic innego jak nagłe uderzenie do krwioobiegu zbyt dużej ilości cukru. Mija bez egzorcyzmów, ale diaboliczne objawy rzeczywiście mogą mylić.




 Nasze opajęczone frontowe drzwi. Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie mamy zdjęcia z gotowym Jack-o-lantern, czyli już z oczami i uśmiechem


Oprócz dyni i słodyczy, przed Halloween należy przygotować kostium. Stefan używał zeszłorocznej Myszki Miki po Guciu, a Gucio chciał być pająkiem. Gotowego pająka jakoś nie spotkałam, a miałam z kolei pomysł na samoróbkę z dodatkowymi odnóżami ze skarpet męskich i w efekcie Gucio jako pająk wyglądał tak:

 
Oprócz głównej atrakcji wieczornej, można też było tego dnia przebrać się do szkoły i pokazać kostium na paradzie:


Nie wiem, czy świętowalibyśmy Halloween, jeśli mieszkalibyśmy w Polsce. Bardzo lubię atmosferę polskiego Święta Zmarłych (bo, mówcie sobie co chcecie, dla mnie to jest właśnie takie święto) i nie chciałabym, żeby Halloween je przesłoniło czy wyparło. Byłoby też nudno, gdyby wszędzie świętowano to samo i tak samo, więc swoje regionalne tradycje dobrze jest pielęgnować. Ale nie widzę powodu, żeby przeciwko Halloween w Polsce wszczynać krucjaty, bo w samej koncepcji tego święta dostrzegam pewien sens. Taki wieczór, w który można trochę pożartować z rzeczy ostatecznych, obśmiać strachy, wypuścić z klatki wewnętrzne chochliki i nakarmić je cukierkami. Czemu nie. A w sytuacji, kiedy całe otoczenie przygotowuje się do świętowania przez dobre parę tygodni, szkielety wygrzewają się na trawnikach w jesiennym słońcu, czaszki szczerzą na co drugim ganku, a sąsiedzi robią zapasy słodyczy do rozdania - atmosfera się udziela i miło jest w niej uczestniczyć. Zresztą to bardzo integrujące sąsiedzko wydarzenie, okazja by z mieszkańcami najbliższych domów i sąsiednich ulic zamienić kilka miłych słów spod parasola (z naszego doświadczenia - w Halloween wieje i pada). W ogóle dochodzę do wniosku, że do świętowania potrzebna jest grupa odniesienia, współświętujący. Nie ma sensu iść 1 listopada na cmentarz w Toronto, bo nie będzie tam mnóstwa migoczących zniczy ani ludzi, cichych, chociaż w tłumie, owijających się szczelniej płaszczem, próbujących osłonić dłonią ogieniek zapałki w drodze do świeczki. Świąteczna atmosfera (zaduszkowa lub halloweenowa, gwiazdkwoa czy wielkanocna) - wzmacnia się i buduje dzięki temu, że jej przeżywanie jest wspólne, zbiorowe.
Ciekawa jestem bardzo, jak będzie wyglądał 31 października w Polsce, kiedy już wrócimy. Czy dzieci będą biegać gormadami poprzebierane i zbierać łakocie, którymi będą częstować je z uśmiechem sąsiadki w moherowych beretach, czy też, jak w tylu innych kwestiach, społeczeństwo podzieli się na zwalczające się nawzajem obozy "upiorów" i "świętych". 
Jedno jest pewne - dla Gucia i Stefka, którzy posmakowali halloweenowej uciechy w tutejszej, rozbudowanej formie, nieświętowanie 31 października byłoby nie lada wyzwaniem.