Thursday, August 29, 2013

Stefan stylowo


się prezentował przed wyjściem na spacer. Wracając, po odwiedzeniu sadzawki i piaskownicy (w takiej właśnie kolejności) - już jakby mniej (zdjęcie nie oddaje w pełni tego spektakularnego efektu):


Natomiast po opłukaniu wykazał się wzmożonym apetytem i sprytem, wykonując zręczny unik przed łyżeczką z kluseczkami, z jednoczesnym przejęciem kurzego podudzia z talerza Gucia (który na szczęście miał jeszcze drugie, bo doszłoby do wymiany zdań). Zwracam uwagę na profesjonalny chwyt "za kostkę".




Wednesday, August 28, 2013

Bratki 5



No to wróciliśmy. Szczerze mówiąc nie czułam się, jakbym gdziekolwiek wracała, tylko jakbym po raz kolejny wyjeżdżała ze znajomego w obcy świat. Ale to było chwilowe, tylko w czasie podróży. Po dwóch dniach w TO już czujemy się znów u siebie i prawie bezboleśnie wchodzimy w tutejszy codzienny rytm. 
Ja spędzam więc znów sporo czasu w kuchni, nasłuchując odgłosów z innych pomieszczeń.

- wrrrm, wrrrrm, 3-2-1-STAAAART helikopteraaa!
- uważaj Gucio, nie uderz Stefana
- teraz to nawet nie mogę, bo mam helikopter

PS. Na fot - wspomnienie sielskiego lata

Friday, July 26, 2013

W windzie

Jeżdżenie windą powinno być proste, czyż nie? Kanadyjczycy też tak myślą, więc dla ułatwienia życia podróżnym, postanowili nie używać przycisku zero, ani takich z niezrozumiałymi dla ogółu liczbami ujemnymi. Standardowy przypadek jest dość prosty - parter to G (ground level), potem 2, 3, 4 i dalej w górę. Parking podziemny to dla windziarzy bułka z masłem - poniżej G pojawiają się jeszcze P1, P2, P3. Sytuacja lekko się komplikuje, gdy w budynku są dodatkowe piętra, choćby galeria handlowa, tak jak w budynku budynku, gdzie mieszkaliśmy w marcu. Wtedy między G a P wskakuje C (concourse), ew. C1 i C2, gdy galeria jest wielopoziomowa. Nie każda winda jednak jest taka skomplikowana. Czasem winda kursuje tylko na piętrach podziemnych. Wtedy, podobnie jak w klasycznym przypadku, mamy G i 2, 3, 4. Tym razem jednak, 2 jest pod G, gdyż 2 to pierwsze piętro podziemne, a 3 to piętro pod nim, i tak dalej w dół. Proste, czyż nie? Ta konwencja wyjaśnia sposób obsługi windy na stacji metra Eglinton. Tam są tylko dwa przyciski 2 i 3. Korzystając z dość przecież powszechnej wiedzy, że metro jeździ pod ziemią, możemy łatwo wywnioskować, że wsiadając na piętrze 2 i naciskając 3 pojedziemy w dół. Wyjaśnienie tej oczywistej oczywistości zostawiam czytelnikowi. Na stacji Union zrezygnowano z 2 i 3 i sięgnięto po bardzij klasyczne rozwiązanie - są tylko przyciski Góra i Dół. Na Union bywa sporo turystów, może więc Góra i Dół to dla nich, Kanadyjczycy woleliby 2 i 3. Czasami windziarze muszą zmierzyć się z trudniejszymi przypadkami. Nie w każdym budynku główne wejście jest na poziomie gruntu. Jest na to jednak eleganckie standardowe rozwiązanie - piętro z głównym wejściem lub recepcją oznaczane jest dodatkowo gwiazdką. W naszym pierwszym budynku wciskaliśmy zatem 9* by zjechać do recepcji.

Zdarzają się przypadki, kiedy wszelkie strategie zawodzą. Taką windą jeżdżę na parking koło pracy, gdzie trzymam rower. Tu nieunikniona jest dodatkowa legenda:



Tuesday, July 23, 2013

Bratki odc.4 (z zębami)

- Mamaaa, Stefan się na mnie rzucił z zębami!
- I co, ugryzł cię?
- No tak, w nos
- Hmmm... a co robiłeś, jak się na ciebie rzucił?
- No, leżałem na nim

Friday, July 19, 2013

Porada


Fot.O.Montaż

- Babcia, możesz mi kupić pistolet na wodę?
- No zobaczę, nie wiem czy są u nas i w jakim to sklepie, będę się rozglądać
- To ja ci doradzę. W takim sklepie z pistoletami różnymi, co jest dużo pistoletów, to na pewno będą mieć też takie na wodę

Wednesday, July 17, 2013

Przyśpiewka (Stefka)


Stoję se, ciut krzywo
Stoję se i śpiwom:
Ej, napiłbych się mlecka
Dajo tylko piwo

Tuesday, July 16, 2013

Bezbazie

Po pierwsze muszę zaznaczyć, że dziś od rana nad Torontem ani jednej chmurki i 32 stopnie (miejscowi mówią, że 90, ale przesadzają :). 
Mimo takich warunków wybrałam się z dziećmi i masą dokumentów do poleconego gabinetu pediatrycznego, żeby je zapisać do miejscowego odpowiednika pierwszego kontaktu/rodzinnego, czyli po prostu stałego lekarza. Trzeba dojechać: metrem i autobusem, albo jednym autobusem bezprzesiadkowo, ale potem dojść prawie kilometr. Wsadziłam Stefa w wóz, Gucia na rowerek i wybrałam drugą opcję. 
W Toronto jest taka bardzo długa ulica (Yonge Street), która przecina miasto z północy na południe i dzieli poprzeczne ulice na część wschodnią i zachodnią, z oddzielnymi numeracjami, rozchodzącymi się od Yonge w obie strony. To jest logiczny system i dość dobry, oprócz takich razów (jak niestety dziś), kiedy komuś (niestety właśnie mi) pomyli się część wschodnia z zachodnią... Z pośpiechu, z upału lub wrodzonego rozmemłania, jakoś krzywo spojrzałam na adres gabinetu i pojechałam szukać naszej lekarki po stronie zachodniej. Po 30 minutach dreptania w upale, kiedy żadną miarą nie mogliśmy znaleźć numeru 586 (po zachodniej stronie akurat go nie ma), ani dodzwonić się do gabinetu, a było już z kwadrans po umówionej godzinie, sprawdziłam adres jeszcze raz: 586 Eglinton Avenue EAST. Google maps zaproponował 38 minut pieszo (mapa powyżej) lub 25 autobusem z przesiadką, a accuweather 32*C (odczuwalna 35)... Nie płacząc, żeby się nie odwodnić i nie robić scen na mieście, dowlekliśmy się do lodziarni, po czym pokrzepieni prze-słodkim czekoladowym gelato (lodziarnia była niby włoska, co objawiło się głównie ceną lodów), wsiedliśmy w autobus powrotny do domu. Panią Doktor serdecznie przepraszamy.

PS. Dodatkowy morał z tej historii jest taki, że zapiszemy się do jakiegoś lekarza nie poleconego, ale bliżej.